Raczej przypadek, a nie nasz plan, zadecydował o tym, że znaleźliśmy się w "leniwym" mieście o nazwie Iquique. "Ique - ique" w języku Aymara oznacza "lenistwo".
Autostop był dla nas ostatnimi czasy bardzo łaskawy - samochody zatrzymywały się właściwie bez czekania, codziennie przemierzaliśmy setki kilometrów. Szybko dotarliśmy do miasta Antofagasta - drogiego miasta portowego, z którego to miedź z licznych okolicznych kopalni ładowana jest na statki i transportowana dalej na cały świat. Wyjeżdżając z Antofagasty z przykrością musieliśmy stwierdzić, że nasz aparat fotograficzny niestety nie działa!!! Ten problem należało jak najszybciej rozwiązać. Bez zdjęć, zwłaszcza teraz, kiedy jesteśmy w okolicach pustyni Atacama... Całkowicie przypadkowo, właściwie bez próby zatrzymywania, kierowca wielkiej amerykańskiej ciężarówki zaproponował nam podróż na północ Chile (450 km). W ten oto sposób dotarliśmy do Iquigue. Głównym powodem naszej szybkiej decyzji był fakt, że miasto to należy do bezcłowej strefy handlowej. Do towarów nie jest naliczany podatek VAT. Biorąc pod uwagę ewentualny zakup nowego aparatu, nie należało się długo zastanawiać. Jak się później okazało, aparat miał zaledwie małe mechaniczne uszkodzenie. Domas zaopatrzył się w odpowiednie narzędzia i zdołał naprawić nasz sprzęt. Zamiast 20, należało zająć się 2 śrubkami.
Poza tym miasteczko jest całkiem sympatyczne – kolorowe, z przepięknymi palmami i uroczą plażą nad Pacyfikiem. Wkrótce udajemy się dalej do miejscowości na pustyni – Calami i San Pedro de Atacama.